Planeta Śmierci nad Polską

Perfekcyjny mechanizm autorstwa GRUPY SCHWARZ krąży nad Polską od lat -naście… no właśnie od kiedy konkretnie LIDL pasożytuje na Polsce?! Bardzo trudno znaleźć w internecie takie konkretne dane. BYĆ MOŻE MŁODSI POLACY MAJĄ MYŚLEĆ, ŻE „JEST TU OD ZAWSZE” ;D


li


Wspomniana niemiecka grupa ma w Polsce już 629 sklepów Lidl oraz 206 sklepów Kał-fland [dane na czerwiec 2018,]. W sumie jest to 837 punktów drenażu obywateli Polskich!!! Ktoś zapyta — no dobrze, ale przecież nikt nikogo nie zmusza do kupowania w tych konkretnych sklepach! Odpowiem: pewnie, że nie…


Wyobraźcie sobie stolik karciany, którego blat jest w kształcie obrysu Polski. Siedzą przy nim różni gracze. Niemcy (Lidl, Kaufland, Aldi, Rossmann, Saturn, Media Markt, Makro), Francuzi (Auchan, E.Leclerc, Carrefour), Duńczycy (Netto), Portugalczycy (Biedronka, ABC, Kontigo (Rita Amaral – koleżanka żony właściciela Biedronki), Hebe (Biedronka), Anglicy (Tesco) a nawet Litwini (!!) (400 Stokrotek i 35 Sano). Polacy stanowią mniejszość i właściwie nie mają nic do gadania, bo tych wszystkich pozostałych łączy idea nadrzędna, znana wszystkim kolonizatorom i emigrantom: „dokopać lokalnym głupkom” a dopiero potem podzielić łup.


W roku 2015 Grupa Schwarz otrzymała z BANKU ŚWIATOWEGO pożyczkę w wysokości prawie 1 MILIARD $ na 1% na ekspansję w Polsce i Rumunii. Oficjalnie nazwano to „walką z nierównością i wspieraniem lokalnych rynków”, kasę jednak dostał Lidl, żeby tu nam w Polsce wszystko uporządkować, a nie Polacy, bo „Niemiec wie lepiej”.

https://www.theguardian.com/business/2015/jul/02/lidl-1bn-public-development-funding-supermarket-world-bank-eastern-europe


Nie chce mi się już zresztą pisać na ten temat…

taki tam zarcik


Reklamy

DEATH DOOM – trudna sztuka cierpliwości

Czasem ostentacyjnie rozsiadam się na ławce przed domem w pozie filozoficznej, ku konsternacji i zażenowaniu mijających mnie sąsiadów. A co tam, niech wiedzą, że to właśnie tu nad tekstami rozmyśla słynny internetowy bloger. Oto kilka luźnych myśli na temat DEATH DOOM metalu, które przyszły mi ostatnio do głowy i które skrzętnie dla was zanotowałem.

Death of the Electric Guitar

Każdy kto grał na gitarze w kapeli metalowej czy chociażby zespole rockowym, wie, że tworzenie własnych utworów, to proces następujących po sobie etapów. Zawsze jednak wszystko zaczyna się od zaprezentowania nowo wymyślonego riffu kolegom z grupy…

Chciałbym zaznaczyć już na wstępie, że muzyków death doom metalowych bardzo podziwiam za wytrwałość a ich słuchaczy, jeszcze bardziej — za cierpliwość. Do tych drugich, sam się zresztą zaliczam.


Niezłomność i wiara we własny dłuuuuuugi riff.  Prezentujesz go na próbie nigdy nie wiedząc czy pozostali członkowie zespołu wytrwają do końca Nie mówiąc już o tym czy się on w ogóle spodoba i zostanie zatwierdzony. Czy komuś nie zadzwoni komórka i czy nie zakłóci prezentacji. Potem zaczynasz raz jeszcze, ale w połowie niespodziewanie wchodzi właściciel sali prób z wykładem na temat regularności opłat za wynajem. Zaczynasz po raz trzeci, ale ludzie w zespole zaczynaja już ziewać. W powietrzu wyczuwa się irytację i poddenerwowanie. Palacze zaczynają myśleć o krótkiej przerwie na papieroska a jeśli ty jesteś jedynym niepalącym, to zostajesz na chwilę sam, „prezentując” swój riff… Palący wychodzą grzecznie i na palcach, żeby ci nie przeszkadzać w prezentacji. Dają znaki, żebyś sobie nie przerywał. Pewnie postarają się wrócić przed końcem riffu a słuchać będą chyba też na zewnątrz, bo dźwięk niesie się dobrze — tłumaczysz sobie. Czy dotrwasz do końca wierząc we własny riff…


DEATH DOOM wyrabia cierpliwość … zarówno w myzykach jak i słuchaczach. Przez ile  dźwięków trzeba przebrnąć, ile gitarowych wypuszczeń danej nuty, ile czasu poświęcić, żeby „obraz” nowego death doom metalowego hitu zaczął się układać w głowie słuchacza.


„Death doom metalowy hit”. Czym jest, jak się objawia, po czym go poznać…? To chyba zagadnienie na osobny artykuł.


W czasach fascynacji NAPALM DEATH, MORBID ANGEL i DEICIDE, na etapie rozwojowym, który określił bym ironicznie mianem „Too fast for love”, szybkość wydawała się jedynie słuszną formą ekspresji.

Docenienie gatunku DEATH DOOM przyszło z wiekiem, dojrzałością, czy może z jakąś, nazwijmy to, wyższą świadomością. A przecież fani metalowego doom’owego walca byli zawsze, tylko, że my postrzegaliśmy ich wtedy jako nudziarzy. Ciekawe czy oni dziś, po wielu latach, także odkrywają przeciwny: „szybki” biegun death metalu?

Tak jak smakuje woda prosto ze studni, surowa, lodowata, z głębi ziemi … Tak i w tym konkretnym gatunku death metalu są wyczuwalne pewne pierwotne i elementarne właściwości, z którymi obcujemy podczas słuchania. Coś nieuchwytnego, co słowami, po krótszej lub dłuższej burzy mózgów, uchwycić by mógł jakiś, powiedzmy — niecodzienny tercet w składzie: teoretyk dźwięku, pijak spod sklepu i fizyk kwantowy.

Jaki jest zatem przepis na DEATH DOOM doskonały. Nie ma reguły, ale warto zwrócić uwagę na kilka następujących wskaźników owej doskonałości. Odpowiednio długo wybrzmiewające gitary i przesterowane nuty, które wibrują z głośników a kończą w eterze czymś w rodzaju „pikselozy dla uszu„, przechodząc w niebyt. Defragmentacja i dezintegracja dźwięków, tudzież ich zanikanie, „tępienie się metalowego ostrza gitar” na naszych oczach. No i na koniec sposoby zarządzania tym wszystkim — trzeba być trochę jak treser ognia, który tylko połowicznie ma wpływ na żywioł, z którym się zmaga. To tylko kilka z wielu tajników udanego życia muzycznego death-doom metalowca. Przepisy babuni, które poddaje wam pod refleksję.


 

Wnuczek tego pana co się powiesił… ODOUR OF DEATH

Na rynku muzyki tanecznej ODOUR OF DEATH obecnie prymu nie wiedzie i kariery nie robi. Przyczyną takiego stanu rzeczy, jest sama muzyka zespołu, zdecydowanie bardziej „do różańca” niźli „do tańca” oraz bardzo przekonywujący, w tym co robi, wokalista i autor tekstów. Jeżeli do tego zestawimy tematykę, jaką porusza ODOUR OF DEATH czyli „final solution – porad kilka jak każdy z nas, zgotować koniec może sobie sam” z oficjalną polityką Rządu propagującego przyrost naturalny, dziwić się nie powinniśmy.


Screen Shot 2018-06-18 at 22.54.55


Prawda obroni się sama. Dlatego wystarczy przystawić ucho do głośnika i słuchać argumentów ODOUR OF DEATH. Słuchać, słuchać… sam się przyłapuje, jak przy pierwszym kawałku, wręcz przytakuje skinieniami głowy, jak gdybym odbierał szczegółowe instrukcje. Przekaz, który wydaje się całkiem klarowny. Może o takich „głosach w głowie” mówią najwytrawniejsi szaleńcy, z kilkucyfrową liczbą ofiar na koncie, na swoich ostatnich spowiedziach w celi śmierci.

Wokalista konsekwentnie tłumaczy, że nie potrzeba pomocników, zaufanych przyjaciół, ani tym bardziej ‚fejsbukowych‚ fałszywych znajomych, którzy nie dość, że nie pomogą to jeszcze, kto wie, czy nie zawiadomią naszych bliskich o planowanym przedsięwzięciu. Wszystko jest w twoich rękach od decyzji po wykonanie i tak niech pozostanie.

hhh


Owe cztery kawałki mroku w pigułce, są zdecydowanie zbyt mało grane w wiodących komercyjnych rozgłośniach radiowych. Przypadkowi słuchacze mogli by przecież znaleźć w tej muzyce morze inspiracji a kto wie czy i nie ukojenie… docelowo. Mogli by na chwilę przystanąć, objuczeni siatami z emblematem biedronki, przez chwilę pomyśleć, może cofnąć się, może kupić paczkę żyletek na wieczór, może zrobić coś ze swoim życiem.

Artyści zdołali uchwycić wiele aspektów samobójczego folkloru: tytułowy odór, który, jak mawiają świadkowie, jest nie do wywietrzenia, bo odkłada się w pamięci, skrzypienie drewnianej belki dociążonej przywiązanym do niej worem skórno-mięśniowym nieszczęśnika, który podjął taką a nie inną decyzję na „rozstajach dróg” – wszystko to słyszy się, gdzieś w wyobraźni, na dalekim planie.

Ktoś powiedział, że muzyka to kombinacja dźwięków i ciszy pomiędzy nimi a jedno jest tak samo ważne jak i drugie. Do stworzenia muzyki ODOUR OF DEATH, jako składnika użyto ciszy z najczarniejszego grobu, z tylnej części cmentarza, pod płotem, gdzie zwykle mieści się, skazana na zapomnienie, sekcja dla samobójców.


Screen Shot 2018-06-19 at 20.57.31Aby nie wracać zbyt często, do tego ważnego i ponurego tematu. Przypomnę jeszcze jedną wielką okładkę, która została swego czasu wycofana zanim się pojawiła. Miał to być album SLAYER o tytule „Mandatory Suicide”, ale okładkę zmieniono a płytę nazwano ostatecznie „South of Heaven”.


 

N I N N G H I Z H I D D A

Spróbuj przeliterować z pamięci nazwę tego zespołu. Najlepiej przez telefon i po angielsku. A może by jej użyć jako unikalnego hasła czy telekodu dla internetowych usług bankowych. Tak, tak… N I N N G H I Z H I D D A  zawsze był zespołem tylko dla wtajemniczonych. Mało kto go zna a ich koszulkę mam chyba tylko JA*


Bardzo sceptycznie podchodziłem do niemieckiego grania z klawiszami i kobiecymi głosami. Zresztą bardzo sceptycznie podchodzą do wszystkiego czego nie znam w metalu. W zasadzie w metalu bardzo sceptycznie podchodzę do wszystkiego poza CROSS FIRE „Second Attack”, płytami KAT i KING DIAMOND i składanką „Hell Comes to Your House” ;). Powracając do poważnego tonu wypowiedzi chcę zaznaczyć, że zespół nagrał dwie płyty: „Blasphemy” i „Demigod” a potem słuch o nich zaginął.

Płyta „Blasphemy” [1998] zaśpiewana jest zróżnicowanymi wokalami, jakby na potrzebę odśpiewania kwestii wielu bohaterów tej opowieści, muzycy zostali obdarzeni darem mówienia językami przez samego Ducha Świętego Inaczej.

Nie ma tu nic odkrywczego można by powiedzieć, klawisze miejscami ocierają się o skoczne melodyjki, ale taka właśnie, bardzo płynna, jest granica między baśnią a horrorem. Wzniosłe przebłyski mieszają się  w tej muzyce z przyziemnym pełzaniem – różne są Dzieci Pana Tego Świata. Żabia perspektywa, tudzież widok z lotu nietoperza.


P1020984


„Demigod” [2002]. Na drugiej płyciem, moim zdaniem, zespół zatraca już swój oryginalny styl. Zaczyna mi to przypominać jakby kompilację najlepszych momentów innych podziemych grup, jakby VARATHRON + nadmierna symfonika… sam już nie wiem, a może to ta „klawiszologia” niebezpiecznie wysunięta na pierwszy plan, podświadomie drażni i budzi w metalowcu obawy lojalnościowe. Czy ja jeszcze słucham metalu? Czy aby nie zdradzam? Czy aby to nie jest już Modern Talking?” Tutaj zapędzam się chyba już za daleko, niesprawiedliwie zestawiając tych ostatnich z NINNGHIZHIDDA.


Obie płyty zasługują na przestudiowane a docenić trzeba to, że wiedzieli kiedy skończyć i zniknąć.


*) za koszulkę podziękowania dla ADRIANA z R’Lyeh ZINE.
UWAGA! Nowy numer tego ZINA już na dniach.

Pozycje kolekcjonerskie

 


 

image3


 

image4


Podziękowania dla MARIO za te inspirujące nowości z USA!

Kolekcja tego typu to nie tylko zbieractwo, ale i codzienne trenowanie silnej woli i charakteru… żeby nie wypić. Nowy wymiar kolekcjonerstwa. Pełna butelka to jednak jej dużo większa wartość niż opróżniona. Wszystko takie ładne, a my możemy tylko patrzeć.